5 lipca 2017

[OD&D] Dziedzictwo Ungernów – Ciężkie czasy w Midgardzie

34. odcinek „Dziedzictwa…” to w zasadzie aż cztery odrębne epizody. Kontynuujemy rozgrywkę 1 na 1 z ostatnim graczem, który pozostał aktywny w kampanii. Z całą siłą i mocą ukazuje się nam potęga sandboxa. Akcja zmienia się jak w kalejdoskopie, swobodnie przechodząc przez historyczne modele rozgrywki: Dungeon, Wilderness i Town.

Wystąpił:

Zawadiaka Gurczen (M. B.)
STR 11, INT 13, WIS 10, DEX 13, CON 10, CHA 10
F-M 5, AC -2, HP 22

Tajemnica majora Bienia


Po powrocie do Midgardu Gurczen znalazł się pod silnym wpływem odnalezionego w leżu wyvern miecza. Ostrze było przeklęte. Hojna ofiara na rzecz Kościoła (3000 sztuk złota) umożliwiła zdjęcie klątwy przez biskupa Kazimira, ale tym samym zawadiaka został praktycznie bez pieniędzy. Co gorsza, nadeszły złe wieści z lasu – drwale, który najął do zbudowania leśniczówki, zostali napadnięci przez bandytów. Uratował się tylko jeden leśnik, który powrócił i opowiedział o ponurym losie ekspedycji.

Plotka: pod nieobecność Gurczena w mieście pojawił się bohater jeżdżący na gryfie, zastępca lorda Odrowąża. Przebywał w Midgardzie kilka dni, po czym odleciał na południowy zachód. Podobno schodził do podziemi pod kościołem św. Idziego. Czego tam szukał i z jakim skutkiem – nie wiadomo.

Gurczen wszedł w posiadanie trzech map zawierających współrzędne, gdzie rzekomo ukryto wielkie skarby. Jeden z nich znajdować się miał kilka dni drogi na wschód od miasta (22 tys. złota). I tam postanowił udać się zawadiaka i jego drużyna:

Wojownik Saturnin, F-M 2, STR 10, DEX 18, AC 2, HP 6, ML 12
Nałęcz, F-M 0, AC 2, HP 5, ML 12
Awdan, F-M 0, AC 2, HP 5, ML 12
Leszek, N-M, DEX 14, AC 7, HP 3, ML 6 (latarnik)
Diakon Thomas-Arthur, C 1, WIS 12, AC 2, HP 2, ML 7 (kapelan)

Gdy wyruszali, był 19 grudnia. Po kilku dniach bez przygód dotarli na miejsce. Bez trudu odnaleźli dziwny pagórek, o nieco zbyt regularnym kształcie przypominającym trapez. W jednym z rogów było wejście, latem przesłonięte przez krzewy i wysoką trawę, ale zimą doskonale widoczne.

Śmiałek polecił rozniecić pochodnię i wszedł do środka. Tylko jedna droga prowadziła w głąb trapezu, do sali o wymiarach ok. 18x6 metrów. Tu w nozdrza uderzył Gurczena odór odchodów i po chwili rzuciło się nań kilkadziesiąt wielkich szczurów!

W zażartej walce wycięto wreszcie wszystkie gryzonie z gargantuicznym zmutowanym potworem na czele, którego zębiska zadawały straszliwe rany. Wszyscy wojownicy byli poharatani, w ruch poszedł Doktor Rumianek. Zbadano wnętrze, opukując ściany z jednolitego szarego kamienia bez spojeń, i rozkopując górę odchodów mniej więcej na środku pomieszczenia. Okazało się, że szczury urządziły sobie ustęp w miejscu, gdzie w posadzkę wpuszczony był okrągły właz, wykonany z nierdzewnego stopu stali: Dur-Amelinium. Nie było widać żadnego uchwytu. Gurczen podważył właz łopatą, którą przy tym połamał. W dół wiódł szyb, głęboki na ok. 20 metrów, jak oszacowano po wrzuceniu pochodni, i wyposażony w metalową drabinkę.

Pierwszy poszedł zawadiaka, za nim reszta. Znaleźli się w korytarzu, którym mogli iść tylko przed siebie. Ustawili szyk i ruszyli. Zrobili jeden zakręt pod kątem prostym, potem drugi. Tutaj idący na czele Gurczen zatoczył się, jakby dostał w mordę. W ścianie naprzeciwko odkryli niewielki otwór, ale żadnego pocisku nie mogli znaleźć. Wreszcie dotarli do ściany z metalowymi drzwiami bez klamki, dziurki od klucza ani zawiasów. Przeszukiwanie wykryło po prawej stronie niewielki występ w murze, który okazał się metalowym pudełkiem wielkości ludzkiej dłoni z napisem: Czytnik linii papilarnych. Gurczen to inteligentny człek i z książek wiedział, co to takiego. Zdjął rękawicę i przyłożył dłoń do pudełka.

Coś zapiszczało, a drzwi szczęknęły i uniosły się, niknąć gdzieś w murze. Jednak zanim zdołali się rozejrzeć, ze środka wypadły żywe trupy! Było to gnijące zwłoki w dziwacznych hełmach, zbrojach i zielonych mundurach. Thomas-Arthur usiłował egzorcyzmować, ale na nic się to zdało. Awanturnik dał rozkaz do odwrotu na górę. Gdy przyboczni wspinali się po drabince, Gurczen siekł truposzy, po czym sam zaczął się piąć. Jeden z wrogów zdołał jeszcze ugryźć go w nogę. Umarlaki nie były w stanie wejść na drabinę.

Gdy wszyscy bezpiecznie znaleźli się na górze, dowódca polecił najzręczniejszemu Saturninowi miotać do środka podpalone flaszki z olejem. Na dole rozpętało się piekło. Po jakimś czasy, gdy ognie dogasły, Gurczen zszedł na dół. Odkrył kilkanaście spalonych trupów. Ruszył do pomieszczenia, skąd wypadło jeszcze kilku umarlaków, ale zawadiaka bez problemów porąbał je na kawałki.

Pomieszczenie okazało się puste. Kilka godzin poświęcono na dokładne zbadanie komnaty i korytarza. Bez efektu. Wreszcie przeszukano zwłoki. Przy jednym z tych, których strawił ogień, odnaleziono częściowo nadpaloną kartkę z napisem:

Pokwitowanie odbioru. Skarb przeniesiono na heks nr [...] Major Bień

Jak na złość notatka uległa zniszczeniu akurat tam, gdzie naniesiono współrzędne. Gurczen musiał obejść się smakiem. Po paru dniach bez większych przygód (jednego wieczora wypatrzono watahę wilków, które nie przejawiały zainteresowania ludźmi) powrócił do Midgardu. Spadł pierwszy śnieg. Nadeszła zima.

Żywe trupy w podziemiach św. Idziego


Święta Bożego Narodzenia obchodził Gurczen skromnie, pałaszując żelazne racje wraz ze swoimi przybocznymi. Jego orszak zmalał nieco, a nikt nowy nie chciał się zaciąnąć na służbę.

Drugiego dnia świąt drużyna udała się do podziemi kościoła św. Idziego. Celem było wytropienie i zlikwidowanie upiornego barona Romana Fiodorowicza, ostatniego z rodu Ungernów. Zeszli po krętych schodach i stanęli w sali z posągiem Astronauty, gdzie śmiałek odczytał zwój ochrony przed nieumarłymi.

W ciągu godziny przepatrzono podziemia, uzupełniając brakujące miejsca na planie. Zza węgła wyskoczyła zmora (zapewne ostatnia z tych, które niegdyś uwolnił Nazdak), ale nie mogła dosięgnąć drużyny. Po chwili padła, powalona salwą srebrnych strzał i wody święconej.

Nic więcej się już nie wydarzyło aż do samego powrotu. Gdy wspinali się po schodach, na plecy skoczyły im dwa ghule. Najwyraźniej zwój przestał już działać. Leszek upuścił pochodnię i z wrzaskiem uciekł, krzyż Thomasa-Arthura nie odstraszył trupów. Idący z tyłu Awdan i Nałęcz zostali poranieni i sparaliżowani, chwilę potem Saturnin zginął z rozerwanym gardłem, a do walki stanął sam Gurczen, choć bez swojej magicznej tarczy, której nie zdążył zdjąć z pleców. Unikając szponiastych łap i wspierany przez kleryka miotającego wody święcone, powalił wreszcie oba martwiaki. Poległego i sparaliżowanych wyniesiono na zewnątrz...


Umarły las



Gurczen postanowił wyruszyć na północny zachód, gdzie według mapy znajdować się miał kolejny skarb (18 tys. złota, 40 tys. srebra i 13 klejnotów). Aby sfinansować ekspedycję, z ciężkim sercem sprzedał kilka fantów, w tym pamiątkowy srebrny medal z napisem WorldCup 1974. Juczny koń i muł były obładowane żelaznymi racjami na dwa tygodnie. Zaciągnął się też cały oddział najemników:

Weteran Ważko, F-M 1, STR 11, DEX 11, CON 11, AC 2, HP 2, ML 9
Węgier, F-M 0, AC 2, HP 1, ML 8
Spiż, F-M 0, AC 2, HP 3, ML 8
Moraw, F-M 0, AC 2, HP 5, ML 8
Łużyc, F-M 0, AC 2, HP 1, ML 8

Gdy ruszyli, rozpętała się burza śnieżna. Znacząco spowolniło to ruch grupy, musieli bowiem brnąć przez zaspy. Po kilku dniach bez historii przemaszerowali przez równinę, przeprawili się przez rzekę i powędrowali dalej u podnóża gór. Wkroczyli na nieznane jak dotąd ziemie. Wreszcie dotarli do gęstego mieszanego lasu. Tu zbuntowali się najemnicy, żądając większej zapłaty, na co Gurczen przystał.

Gdy zbliżali się do miejsca przeznaczenia ich uwagę przykuł fakt, że nie ma tu żadnych zwierząt. Las spał, ale nie był to zdrowy sen, a martwa cisza. Przykryte czapami śnieżnymi drzewa zdawały się dziwnie powykręcane. Wtem Gurczenowi zakręciło się w głowie. Po chwili kilku jego ludzi padło na ziemię w konwulsjach, pojawiły się krwotoki z nosa i uszu. Zawadiaka polecił wycofać się z dziwnego lasu na wschód. Tam założono obóz. Niestety, Łużyc i Węgier zmarli. Reszta czuła się nie najlepiej, ulgę przynosił zażywany w dużych ilościach Doktor Rumianek. Mijał tydzień, trzeba było odpoczywać.

Nic się nie wydarzyło. Następnego dnia skoro świt Gurczen spakował najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszył samotnie do dziwnego lasu. Dotarł do miejsca, w którym wszystkie drzewa uschły. Ponieważ wraz ze zbliżaniem się do zagajnika dziwne efekty zaczęły się wzmagać, postanowił zawrócić. Dotarł pod wieczór do obozu. Morale było w strzępach, wszyscy chcieli wracać do Midgardu. I taką właśnie decyzję podjął dowódca. W powrocie udało się ustrzelić dziką kozicę, przez co zaoszczędzono trochę racji. Po kilku dniach stanęli w mieście, gdzie oddział uległ rozwiązaniu. Gurczen wraz z Awdanem i Nałęczem poszli do karczmy, by zasięgnąć języka, co działo się w mieście pod ich nieobecność. Był ósmy dzień stycznia.

Ostatnia pochodnia


Gdy weszli do karczmy i zrzucili plecaki, uwagę Gurczena przykuły posępne twarze mieszczan. Podszedł do kontuaru i już miał zamówić kolejkę, gdy drzwi do karczmy otworzyły się z hukiem.

Do środka weszło kilkunastu ciężkozbrojnych strażników. Podeszli do kontuaru, otaczając śmiałka i jego przybocznych.

– Zawadiako Gurczen, jesteście aresztowani. Oddajcie broń, pójdziecie z nami – rozkazał podoficer.
– Z czyjego rozkazu? – parsknął śmiechem awanturnik.
– Fedory Czarnej, baronessy Midgardu.


Gurczen zdębiał i pewnie pozwoliłby się rozbroić, gdyby nie jego towarzysze, którzy zaoponowali i dobyli mieczy. W okamgnieniu rozpętała się potyczka, goście zaczęli w popłochu wybiegać z karczmy, przewracając stoły i ławy; dzbany z piwem i winem roztrzaskały się, strażnicy powpadali jeden na drugiego. Słowem, zapanował nieopisany chaos. Wykorzystał to Gurczen, który ściął się z podoficerem, odepchnął go i zrobił sus do stolika, chwytając magiczną tarczę i plecak wypchany bezcennymi drobiazgami. Awdan i Nałęcz bohatersko zasłonili swojego dowódcę, ale padli przeszyci ostrzami. Zawadiaka skoczył do kąta, gdzie mógł chronić plecy. Jego magiczne osłony chroniły go przed frontalnymi atakami, ale musiał się strzec ciosów z flanki.

Raz po raz strażnicy atakowali, a on się bronił, próbując się przebić do tylnego wyjścia. Gurczen miał świadomość, że czasu jest niewiele, jeden z podoficerów pobiegł bowiem po posiłki. Wreszcie żołnierze, widząc, że nie mogą złamać gardy bohatera, a sami ponoszą przy tym straty, pierzchli w stronę głównych wrót. Śmiałek pobiegł na zaplecze i wydostał się na zewnątrz. W kałuży krwi leżało pięciu strażników.

Był wieczór i wiedział, że bramy zostały już zamknięte. Jedyną jego nadzieją stał się port. Pobiegł tam, ale wpakował się na kilkunastu żołnierzy, strzegących przystani. Zanim zdołali zareagować, czmychnął w cienie i zostawił pogoń w tyle. Wyszukał jakąś niezamieszkałą ruderę, podważył okiennicę i zakradł się do środka. Nikogo tu nie było. Przeczekał jakiś czas, rozmyślając nad zmiennymi kolejami losu. Jeszcze niedawno był pozdrawiany przez wiwatujące tłumy i obsypywany złotem przez możnych. Teraz stał się wyrzutkiem, ściganym przez swoich byłych kolegów niczym pospolity bandzior.

Było może koło północy, gdy odważył się wyjść. W mieście trwało polowanie. Wybierał mniej oświetlone uliczki i unikał patroli. Udało mu się podsłuchać to i owo: w noc sylwestrową dokonało się zbrojne przejęcie władzy w Midgardzie. Fedora Czarna (bo taki kolor szat nosi teraz arcymagini) wezwała Balroga, demona z piekła rodem. W puczu zginęli kardynał Racynger, biskup Kazimir i arcymag Apollin Biały. Los barona i jego rodziny pozostaje nieznany. Kapitan i wojsko przeszło na stronę nowej władczyni, choć nie wszyscy uznali nowe porządki i bez walki się nie obyło. Chrześcijaństwo zostało zakazane, wprowadzono kult Balroga.

Gurczen dotarł na nadbrzeże. Rozważał próbę przepłynięcia lodowatego nurtu rzeki, ale zdał sobie sprawę, że ryzyko utonięcia jest zbyt wielkie, nie wspominając o szoku dla organizmu.

Rozpaczliwie główkował, jak wydostać się z miasta. Mury mierzyły 12 metrów wysokości i na pewno były patrolowane. Na nadbrzeżu nie było żadnej porzuconej łodzi lub tratwy. W podziemiach nie było żadnego znanego mu wyjścia, które prowadziłoby poza mury. Chociaż…?

Śmiałek ruszył w stronę wejścia do kanałów. Wyłamał pordzewiałą kratę i wkroczył do tunelu. Odpalił pochodnię i ruszył naprzód, a potem w prawo, po parunastu metrach docierając do zasypanego korytarza. Przypatrzył się dobrze zawalisku. Nie wyglądało na zarwany sufit, ale jakby ktoś celowo zasypał przejście. Przypomniał sobie teraz skład kamienii dziwną taczkę. Począł gołymi rękami odwalać kamienie.

Pracował w pocie czoła przez sześć godzin. Odkrył, że za zawaliskiem znajduje się jakaś przestrzeń. Udało mu się oczyścić przejście na tyle, by móc się przecisnąć. Dotarł do dość szerokiego tunelu, położonego prostopadle do tego, którym przyszedł. Na posadzce dostrzegł dwie linie torów, podobnych do tych, które widział kiedyś w kopalni. Tyle że większych.

Rozejrzał się wokół. W blasku dopalającej się ostatniej pochodni dostrzegł na ścianie napis:

METRO MIDGARD — WYJŚCIE DO MIASTA

Podsumowanie

Pokonani wrogowie: 25 wielkich szczurów (HD 1/2), 1 gargantuiczny szczur (HD 4), 22 zombie (HD 1), 1 zmora (HD 3), 2 ghule (HD 2), 5 żołnierzy (HD 1)
Zdobyte / zarobione złoto: 805 GP
Polegli: 5 NPC

Mapnik Kartografa

Okolice baronii Midgardu (1 heks = 5 mil)

LEGENDA
1. Bunkier majora Bienia
2. Umarły las 


Okiem Sędziego



Po raz pierwszy w pełni zastosowałem zasady rządzące magicznymi mieczami. Przeklęte ostrze: -2 do ataku, Inteligencja 7 i Ego 11. Same problemy z takim orężem, stąd decyzja o udaniu się do wysokopoziomowego kleryka. Cena zdjęcia klątwy za AD&D DMG (500 GP za poziom rzucającego).

Fiasko ekspedycji drwali – losowałem spotkania za każdy dzień ich wyprawy, szansa 1/50. Jak na złość wypadło już trzeciego dnia. Typ spotkania i jego przebieg w całości losowy.

Lokalizacja skarbów podana na mapach była losowa (współrzędne: d100xd100, naniosłem na siatkę ponumerowanych heksów), ale przyjąłem jeszcze szansę, czy skarb w dalszym ciągu się tam znajduje (metodą suwaka). Wyszło, że nie, ale mogą być jakieś wskazówki co do jego nowej lokalizacji. Ponieważ gracz wpakował w zombiaki kilkanaście flaszek z olejem, uznałem, że papier mógł się spalić. Oszacowałem szansę i sprawdziłem za pomocą d%.

Pogoda: ponieważ mamy zimę, odwróciłem tabelę pogody. Teraz 1/d6 oznacza słoneczny dzień, 2-3 pochmurny dzień, 4-6 opady śniegu. Śnieg to z kolei kara -1 do ruchu.

Promieniowanie w dziwnym lesie: nieudany rzut obronny przeciwko truciźnie skutkował utratą 1 HP, sprawdzałem kilka razy w miarę zbliżania się do jądra ciemności. Ogólnie nie było to najlepsze rozwiązanie i już w trakcie rozgrywki nie byłem z niego zadowolony. Wymyśliłem to dość dawno temu, gdy o takiej liczbie HP jaką ma Gurczen można było tylko pomarzyć. Widać jednak, że "punkty trafień" są zupełnie nieprzystające do tego typu sytuacji. Niby dlaczego Gurczen miałby przetrwać dużo dłużej w skrajnie niesprzyjającym środowisku niż zwykły człowiek? Można tu wykorzystać przepis o withstand, ale nie chciało mi się ustalać CON dla każdego z liczącej 10 osób grupy, ponadto znowu – dlaczego wysoka kondycja miałaby osłonić przed takim efektem? ST vs Death, choć dopuszczalne w OD&D (zabójcze chmury), wydało mi się zbyt okrutne. Niewykluczone, że w przyszłości wykorzystam tabelę odporności na promieniowanie z Metamorphosis Alpha (choć tu też trzeba znać wartość odpowiedniej cechy).


Pomysł zdrady Fedory zrodził się w mojej głowie w chwili, gdy Gurczen opowiedział jej o artefaktach zbieranych przez Petrusa, a rzut na reakcję pokazał "niepewna". Pomyślałem, że magiczka może być w jakiś sposób niezdecydowana, wyczekująca – wrażenie wzmacniał jej neutralny światopogląd i przybrane kolory szarości. Stąd naprędce wymyśliłem, że z czystej ciekawości spróbuje zauroczyć Gurczena i zagarnąć artefakty do badań. Tak też się stało. Już na początku kampanii przyjąłem, że trzykrotne niezdanie rzutu obronnego przeciw czarom po dotknięciu artefaktu skutkuje opętaniem i zmianą światopoglądu (Chaos). U Fedory sprawdziłem to dla każdego artefaktu i jej wola została złamana. Rozegrałem jej zejście w podziemia (tak jak wcześniej zejście Petrusa). Po serii niewyobrażalnych zbiegów okoliczności wpakowała się prosto na upiora Ungerna i spopieliła go kulą ognia, przechwytując w ten sposób ostatni artefakt, niezbędny do przeprowadzenia rytuału. Wybrałem noc sylwestrową na moment ataku. Przebieg wydarzeń rozstrzygnąłem sam, również losowo. Gdyby Gurczen był wtedy w mieście, zapewne byłby świadkiem tych wydarzeń. Gdyby z jakiegoś powodu wcześniej uśmiercił Fedorę, to oczywiście żadnego przewrotu by nie było.

6 komentarzy:

Jarl frå Oslo pisze...

To je Amelinium, Janusze Sandboxów RPG PL - nie pomalują! ;)

Przemoslav pisze...

Nieźle uknute całe tło z Fedorą - szacun.

Hahah, kiedyś też wyturlałem podobny przeklęty miecz - znalazł go jeden z najemników PC (F-M 4) i za cholerę nie chciał oddać, pomimo, że odcyfrowano wyryte na nim klątwy. Wymyślili, że uśpią gościa, miecz zmrozi oddechem drużynowy smoczek i będą napierdalać w niego magicznym młotem aż pęknie ;).

Robert pisze...

Pamiętam. Już próba pozbycia się przeklętego miecza może stać się przygodą samo w sobie. Mnie akurat zależało na tym, żeby prędko przejść nad tym do porządku dziennego - wykupienie usługi u maga (identyfikacja) i kleryka (zdjęcie klątwy) załatwiło sprawę.

Rudolf Aligierski pisze...

No i pozamiatane. Chciałeś zakończyć kampanię i nie wiem czy chaos nie zwyciężył. Nazdak spalił większość wsi, Fedora przejęła miasto... Gurczen nie ma teraz zaplecza, nie ma złota i nie ma skąd werbować najemników...

Midgard metro na propsie...

Robert pisze...

Zgadza się, Gurczen znalazł się w nie lada opałach.

Jakieś tam fundusze niby ma, ale to banknoty midgardzkiego banku (nie pozwalam łazić z worami złota, tzn. znacząco obciąża to postać - zgodnie z Vol. I).

W dalszym ciągu jednak są jakieś opcje - zbadanie tunelu metra nasuwa się samo przez się, może gdzieś jest jakieś wyjście na powierzchnię? Musi tylko wykombinować jakieś źródło światła...

Parafrazując klasyka: "Gurczen nie przetrwa zbyt długo ze swoimi mizernymi zapasami. Może udałoby mu się uzyskać pomoc od przyjaciół, o których wspominał Apollin?"

Walka trwa!

van pisze...

Wi Wa Gu! (Wiwat Waleczny Gurczen).
Trochę szkoda medalu z napisem WorldCup 1974. To była piękna data pod wieloma względami :-)